Jak rozpoznać opowieść wiatru i prawdziwy szamanizm

Gdy jakieś dziesięć lat temu poszukiwałem profesjonalnego wsparcia i uczciwego przewodnika po świecie duchowym, nie potrafiłem zaufać nikomu w Polsce. Oferty szamańskich kręgów, warsztatów, ceremonii, kursów i konsultacji do mnie nie przemawiały. Miałem poczucie, że już sam opis takiego doświadczenia trąci neoszamańską ściemą. Język nadęty afirmacjami. To nie znaczy, że nie było i nie ma w Polsce uczciwych osób praktykujących szamanizm – są, zawsze były.

Poniższy tekst jest wprowadzeniem do książki „W zaklęciu zmysłów”

Przybywa szamańskich festiwali, kręgów i wydarzeń. Pod szyldem szamanizmu coraz więcej osób oferuje wsparcie, podróż, rytuał, uzdrowienie – niekiedy błyskawiczne. Zdecydowana większość tych ofert nie ma nic wspólnego z szamanizmem. I pewnie dlatego tak bardzo zachwycił mnie pierwszy rozdział książki Davida Abrama. Kilka razy zareagowałem chichotem i oczy otworzyły mi się szeroko, jak zazwyczaj, gdy ktoś precyzyjnie nazywa odczuwaną przeze mnie, lecz wciąż nienazwaną prawdę.

W zaklęciu zmysłów – tytuł mnie zniechęcił, pierwsza myśl była taka, że to kolejna książka pełna duchowo pustych fraz. Ale przecież nazwisko Abram składa obietnicę ambitnej treści łączącej naukę z rzetelną refleksją duchową. W trakcie lektury prawie dałem się nabrać, że to esej filozoficzny, mistyczne wspomnienia albo kolejny podręcznik o kryzysie ekologicznym. Tymczasem ta książka jest śledztwem! Abram wędruje niejako na smyczy słów i alfabetów, by dotrzeć do chwili, w której owa smycz została nałożona. Smyczą jest zniewolenie człowieka w świecie słów, oddzielające nas od natury. Abram niczym detektyw gromadzi dowody, hipotezy, poszlaki, a w końcu odpowiedzi na pytanie: dlaczego lekceważymy rodzącą Ziemię, dlaczego niszczymy własny dom?

Zanim jednak rozwinę ten wątek, żeby namówić do lektury, ale i ostrzec przed nią, wrócę do szamanizmu i neoszamańskich ściem w polskiej przestrzeni.

Neoszamańska antropologia

Oferty szamańskich warsztatów, kręgów i innych spotkań często są odpowiedzią na trafnie postawioną diagnozę dotyczącą kryzysu ekologicznego, czyli utraty połączenia z naturą. Połączenia ze sobą, własnym ciałem, czyli częścią tej samej natury. Jednak diagnoza ta zazwyczaj nie wynika z duchowej praktyki osoby prowadzącej wydarzenie pod szyldem szamanizmu, lecz jest zapożyczona i odtwarzana, podobnie jak słowa i rekwizyty, nierzadko wykradzione szamankom i szamanom.

Zachodnim badaczom szamanizmu umykała i wciąż umyka centralna rola, jaką dla szamana odgrywają jego relacje z innymi gatunkami i z ziemią (1). Antropolodzy zazwyczaj skupiają się na przebiegu ceremonii i relacji szamana z odwiedzającymi go w potrzebie ludźmi, jego społecznością, plemieniem, narodem. Rejestrują w swoich badaniach stroje, zachowanie szamana, opowieści o jego duchowych podróżach i spotkanych istotach.

Interesują ich niezrozumiałe dla nich gesty, nadprzyrodzone wydarzenia, duchy. Zazwyczaj pozostają nieświadomi możliwości spotkania osoby praktykującej szamanizm w swoim bezpośrednim sąsiedztwie, czyli na przykład w Polsce. Bywają przekonani, że szamanizm przynależy wyłącznie do społeczności odległych – zarówno geograficznie, jak i kulturowo.

Badacze tacy utożsamiają praktykę szamanizmu z otrzymaniem nauk w ludzkiej społeczności, od ludzkich nauczycieli. Ignorują lojalność szamana względem natury pozaludzkiej. Najczęściej nie towarzyszą szamanowi w jego codziennym życiu i przygotowaniach do służby, której większa część wydarza się w pozaludzkim, czy, jak pisze Abram, więcej niż ludzkim świecie natury. Dni i godziny spędzone przez szamana przy drzewie, kamieniu, na łące, stepie lub przy rzece – gdy nie pada żadne słowo – nie są dla takiego badacza materiałem na atrakcyjną opowieść.

I tak ekologiczny wymiar szamańskiego rzemiosła zazwyczaj jest pomijany nie tylko przez antropologów i innych zachodnich badaczy, ale również neoszamańskich praktyków. Ci ostatni, zainteresowani magicznymi, nadprzyrodzonymi i generalnie cudownymi zjawiskami, oferują ściemę w imię szamańskiego doświadczenia z użyciem zapożyczonych, szamańskich narzędzi. Skupiają się na podróży poza ciało i widzialny świat, na aurze, duchach, niedualności, tajemnicy, afirmacji, odlocie.

Zachodni badacz i neoszaman wierzy, że świat przyrody jest zasadniczo deterministyczny i mechaniczny, a w takim razie wszystko, co uchodzi za tajemnicze, potężne i niepojęte dla człowieka musi należeć do jakiejś innej, pozafizycznej rzeczywistości gdzieś ponad przyrodą, czyli jest „nadprzyrodzone”. To przeoczenie jest odtwarzane od czasów chrześcijańskich misjonarzy, których Abram nazywa pierwszymi interpretatorami sposobów życia ludów rdzennych. Dla nich tylko człowiek miał duszę, a zwierzęta, rzeki czy rośliny były w najlepszym razie tłem dla człowieka, zazwyczaj zaś – jego poddanymi. Inaczej niż dla szamana, który podczas spotkania z mieszkańcami świata dzikiej natury zdobywa nie tylko moc do swojej pracy, ale również odpowiedzi i umiejętności.

Można zrozumieć chrześcijańskich misjonarzy przesiąkniętych przykazaniem, by czynić sobie Ziemię poddaną, jednak dziwi współczesna antropologia powielająca etnocentryczne uprzedzenia owych pierwszych interpretatorów. […] Wielce tajemnicze moce i byty, z którymi szaman nawiązuje kontakt, to w sumie te same siły – te same rośliny, zwierzęta, lasy czy wiatry – które dla znających pismo, „cywilizowanych” Europejczyków są zaledwie scenerią.

Porozumienie międzygatunkowe

Zbudowanie relacji z dębem rosnącym na polskiej ziemi dla osoby praktykującej szamanizm jest cenniejsze od podróży na pseudoszamański warsztat w egzotyczne miejsce, gdzie istotą pozostaje czas spędzony z osobą prowadzącą i innymi uczestnikami – niezależnie od tego, czy siedzą w kręgu, tańczą, czy wspólnie płaczą. To może być cenne doświadczenie osobistego rozwoju, ale nie jest szamańskie tylko dlatego, że ktoś je tak nazywa.

Im dłużej uczę praktyki szamanizmu (co zazwyczaj oznacza wskazywanie dróg do własnych, bezpośrednich nauczycieli w świecie ducha), tym więcej trafia do mnie psychoterapeutów i psychoterapeutek. To często osoby głęboko osadzone w swojej pracy, z której nie zamierzają rezygnować. Przychodzą do prowadzonych przeze mnie grup, bo chcą poznać narzędzia praktyki szamanizmu na własny użytek, w ramach swojej drogi duchowej albo po to, by zrozumieć rozległe światy pacjentów. A czasami dlatego, że spotkało ich coś, czego nie potrafią opisać słownikiem psychologii, nauki, racjonalności. Szamanizm nie jest zamiast psychoterapii, a psychoterapia nie jest zamiast rozwoju duchowego. Te ścieżki się wspierają – jeśli pozostają dla siebie jawne.

Część osób, które ukończyły prowadzone przeze mnie kursy, warsztaty czy Szkołę Szamanizmu, nazywają swoją praktykę szamańską, skupiając się w niej przede wszystkim albo wyłącznie na człowieku. Śpiew ptaka, szlak saren, stara lipa, płynąca rzeka stają się wtedy dodatkiem do praktyki szamanizmu, a nie centralnymi postaciami. Praktyka szamanizmu umożliwia bowiem osobie, która przychodzi w potrzebie, rozpoznanie ścieżki poza szlakiem religii i wyznawców. I zbudowanie autentycznej relacji z naturą, na przykład wspomnianym wyżej dębem. Z rozpoznaniem, że relacja taka nie jest odwiedzaniem ukochanego drzewa, by je podziwiać i kierować doń zwierzenia, ale właśnie relacją, w której istotną częścią jest słuchanie, uczenie się, rozpoznanie ducha drzewa. Gdyż najbardziej uczonym i najpotężniejszym szamanem będzie ten, który nabywał umiejętności w pierwszej kolejności od ziemi – od konkretnego zwierzęcia lub rośliny, od rzeki lub od burzy, przez długi czas przebywając poza obrębem społeczności ludzkiej.

Źródło stresu

Neoszamanizm kładzie nacisk na rozwój osobisty, poprawę nastroju albo wręcz leczenie czy też uzdrawianie człowieka. I tak wiele osób zniechęconych do religii lub konwencjonalnej terapii szuka swojej duchowej ścieżki na neoszamańskich wydarzeniach, reklamowanych jako szamańskie. By takie prowadzić, wystarczy zdobyć wiedzę u ludzkich nauczycieli, przyswoić szamańskie narzędzia, sprowadzić je do roli rekwizytów i dostosować do ogólnorozwojowego, duchowego lub quasi-psychologicznego szkolenia. Nie trzeba również przejść inicjacji, niezbędnej do pracy szamańskiej, czyli lat spędzonych w świecie dzikiej natury, w odosobnieniu, na budowaniu relacji z więcej niż ludzkim światem. Imitowanie metod leczenia rdzennych szamanów bez posiadania właściwej im wiedzy o szerszej wspólnocie życia nie może wskórać nic poza tym, że zmieni jedne symptomy na inne albo przesunie ognisko choroby w inne miejsce w obrębie ludzkiej zbiorowości. Albowiem źródło stresu, który ją wywołał, tkwi w relacji między tą zbiorowością a otaczającym ją światem przyrody.

Znamienne jest również, że wielu duchowych liderów, nie tylko neoszamanów, milczy na temat dzisiejszych wyzwań, takich jak kryzys klimatyczny, uchodźcy, wojna w Ukrainie czy ludobójstwo w Gazie. Skupiają się na wezwaniu do podnoszenia wibracji i energii, na afirmowaniu, pozytywnym myśleniu, pustej wierze w możliwość odmiany losu samą tylko siłą myśli i mocą wyższej świadomości, tak jakby świadomość miała piętra. Zazwyczaj nie dostrzegając własnego uprzywilejowania wobec tych, którzy musieli uciekać przed bombami, głodem lub przemocą. I bez rozpoznania, że oferują ucieczkę od relacji z Ziemią, milcząc na temat jej kondycji i kondycji jej licznych dzieci – ludzkich i pozaludzkich.

Sposobem odróżnienia oferty szamańskiej od neoszamańskiej jest miejsce, które podczas wydarzenia zajmuje natura. Czy jest wyłącznie tłem, piękną scenografią dla zgromadzonych ludzi, by było im przyjemnie? Czy też stanowi przedmiot głębokiej refleksji i konkretnego działania, zmierzającego ku jej uszanowaniu, ochronie lub – co zasadne w naszych czasach – ratowaniu? Ten impuls działania dla natury jest odpowiedzią na główny cel praktyki szamanizmu, którym jest nawiązanie porozumienia międzygatunkowego. Dlatego osoba praktykująca szamanizm ma przynieść mądrość, rady, podpowiedzi, ale i konkretne wsparcie wynikające nie tyle z własnych doświadczeń w świecie ludzkich relacji, przepracowanych traum, odbytych szkoleń, ile od istot spotkanych w pozaludzkim świecie, z którymi zbudowała relację. A relacji z pozaludzkim światem nie buduje się na najbardziej nawet profesjonalnie prowadzonym przez ludzi kręgu czy warsztacie.

Formy ducha

Osoba praktykująca szamanizm dba o właściwy przepływ substancji odżywczych nie tylko od krajobrazu do jego ludzkich mieszkańców, ale także w drugą stronę. Temu służą rytuały, odosobnienia, trans. Taka osoba potrzebuje relacji z siłami utrzymującymi życie w miejscu, w którym sama żyje. Osobę praktykującą szamanizm zazwyczaj spotyka się, gdy już opuści dzikie, pozaludzkie ścieżki, zarówno te w lesie, jak i w zbudowanym na podłodze kręgu z zaznaczonymi stronami świata. Jej stosunek do pozaludzkiego świata można rozpoznać nie tyle po głoszonych ideach, ile po tym, jak traktuje rośliny, ziemię, zwierzęta, ludzi. Czy bezrefleksyjnie buduje ołtarz, na którym leżą umierające kwiaty i wydłubane z ziemi kamienie, kości Ziemi, by zachwycił ludzi biorących udział w ceremonii? Być może taka osoba wierzy, że człowiek jest w stanie lepiej i piękniej zadbać o kwiaty i kamienie niż Ziemia, która je zrodziła. Czy może raczej odsyła tych ludzi do lasu z nakazem szacunku, by nie brali niczego bez pozwolenia i sprawdzili, czy są mile widziani pod drzewem, które sobie wybrali?

Cóż zatem z duchami, czyli nauczycielami, pomocnikami osoby praktykującej szamanizm? To neoszamańska bzdura, że do osoby praktykującej szamanizm przemawiają tylko eteryczne duchy spotykane podczas podróży szamańskiej przy dźwięku bębna, podczas wielogodzinnego odosobnienia, postu czy pod wpływem przyjęcia określonej rośliny. Abram definiuje duchy jako te formy inteligencji czy świadomości, które ludzkiej postaci nie mają. Odpowiada mi ta krótka, niejednoznaczna, ale wciąż konkretna definicja; jest w niej miejsce i dla prastarego ducha opiekuńczego, który mnie prowadzi, i dla kamienia, mrówek, ulewy, meandrującej dzikiej i zdrowej rzeki, i zatrutej rzeki. One wszystkie żyją.

Praktyka szamanizmu nie jest odłączona od codzienności. Trzeźwy spacer przez las z precyzyjnie określoną intencją może przynieść więcej niż pięciogodzinna ceremonia w ciemnościach, przy odgłosach pieśni i wymiotów. Praktyk szamanizmu musi nawiązać intymną więź z naturą, a większość jego pracy pozostaje ukryta przed oczami innych. To niezliczone rytualne gesty, które wykonuje w samotności oraz codzienne modły przebłagalne i pochwalne, które płyną od niej ku ziemi i jej licznym głosom.

Ocenzurowana mama

W niedawno emitowanej polskiej wersji teleturnieju The Floor uczestnicy grali w kategorii „sneakersy”; ich celem było rozpoznać markę butów. Okazało się, że niektórzy je zbierają. Sebastian, jeden z uczestników, wyznał, że posiada prawie sto par. Patrycja powiedziała, że ma ponad pięćdziesiąt par. Wyznania nagrodzono oklaskami. Mikołaj Roznerski, prowadzący, przyznał że jest „bardzo ubogi w buty”, gdyż ma tylko trzy pary i musi „poszerzyć szafę”. Nikt nie zapytał, czego objawem jest gromadzenie butów ze skóry i tworzyw sztucznych w świecie, w którym setek tysięcy ludzi i dzieci nie stać na zakup jednej pary.

W świecie, w którym prawie cztery i pół miliarda ludzi (2) nie ma bezpośredniego dostępu do bezpiecznej wody pitnej. W świecie, w którym zgładziliśmy dziewięćdziesiąt procent (3) dzikich ssaków i pięćdziesiąt procent roślin jeśli chodzi o biomasę (obecnie sześćdziesiąt procent ssaków to bydło i trzoda hodowlana, trzydzieści sześć to ludzie, natomiast dzikie zwierzęta – około czterech) (4).

W świecie, w którym wytworzyliśmy tyle plastiku, że każdy z nas zjada go prawie każdego dnia w postaci tysięcy kawałków mniejszych niż milimetr (5). Na przykład mieszkańcy Indonezji każdego tygodnia spożywają około czterech gramów mikroplatisku na osobę (6), czyli łyżkę stołową. Cząstki mikroplastiku przenikają barierę krew-mózg i gromadzą się w tkance mózgowej w większym natężeniu niż w innych narządach (7). Badania nad wpływem mikroplastiku na nasze zdrowie dopiero trwają. Wiemy za to, że zabija w sensie dosłownym życie w ocenach, rzekach, ziemi. Podobnie jak siedem milionów ton odpadów tekstylnych, które każdego roku wytwarzamy w krajach Unii Europejskiej. To znaczy, że każdego roku każdy z nas kupuje około dziewiętnastu i wyrzuca około szesnastu kilogramów (8) tekstyliów, w tym butów i ubrań. Większości z tych rzeczy nie potrzebujemy, to tak zwana szybka moda (ang. fast fashion). Stać nas, więc się stroimy.

Kupujemy zabawki zarówno dla dzieci, jak i dorosłych, by poprawić sobie humor na kilka chwil, a później je wyrzucić. By czynić swoje życie wygodnym. Wycinamy lasy, a w ich miejsce budujemy autostrady i miasta. Już w 2020 roku ciężar rzeczy stworzonych przez człowieka, w tym plastiku, betonu i tworzyw sztucznych, był większy od ciężaru wszystkich żywych organizmów naszej planety (9). Szacunkowo, na każdy metr Ziemi, wliczając w to morza, oceany i bezludne miejsca, przypada obecnie około dwóch kilogramów samego betonu.

Uczestnicy programu The Floor nie są złymi ludźmi, są tacy jak ty i ja, ani lepsi, ani gorsi. Stali na podłodze w studiu, którego fundamenty osadzone są w Ziemi. Ta Ziemia była i jest żywa. Nikt o niej nie pamiętał, nie rozpoznał jej. Dlaczego?

Więź z Ziemią została zerwana tak dawno, że przywykliśmy traktować brak połączenia za normę. Patrzenie na wymieranie gatunków przywykliśmy traktować jako normę. Przemoc wobec żywych istot, ludzkich i pozaludzkich, przywykliśmy traktować jako normę. I tak trauma, w której żyje mama utrzymująca dziecko przy życiu, wpłynęła na to dziecko. Tą mamą jest rodząca Ziemia, tym dzieckiem ja i ty. Głęboko zakorzeniona trauma stała się zjawiskiem, które zmieniło naszą percepcję, zmysłowe postrzeganie, przyzwalając na traktowanie Ziemi jako przedmiotu. Trauma została uwewnętrzniona, znormalizowana. A przecież Ziemia jest rodzicielką, naszą pierwszą mamą, jej wody, rzeki, jeziora, morza i oceany najbardziej przypominają wody płodowe, gdyż utrzymują przy życiu i rodzą.

W 2009 roku z inicjatywy Boliwii 22 kwietnia został ustanowiony przez Organizację Narodów Zjednoczonych Międzynarodowym Dniem Matki Ziemi (w oryginale International Mother Earth Day, a zatem Dzień Mamy albo Matki Ziemi). Ze względu na moje działania zmierzające do uznania rzeki Odry za osobę prawną, zostałem zaproszony do siedziby głównej ONZ w Nowym Jorku na Zgromadzenie Ogólne 22 kwietnia 2025 roku. Gdy po powrocie do Polski udzielałem wywiadu ogólnopolskiemu dziennikowi, opowiadałem o Dniu Mamy Ziemi. Otrzymałem wywiad do autoryzacji – z wykreślonym słowem „Mama”, pozostał „Dzień Ziemi”. Poprawiłem błąd, tłumacząc, że zgodnie z rezolucją ONZ pełna nazwa święta zawiera słowo „mama”. Jednak gdy wywiad został opublikowany, słowo „mama” zostało ocenzurowane. Dla wielu dziennikarzy, polityków, naukowców, a nawet pisarzy, nazywanie Ziemi mamą lub matką jest zbyt ckliwe, zbyt dziecięce. Ten brak rozpoznania i uznania rodzącej Ziemi jest właśnie objawem uwewnętrznionej traumy. A przecież to, jak opowiadamy o świecie, przekłada się na to, jak go traktujemy. Tak jak kryzys opowieści pogłębia kryzys klimatyczny.

Ślady wiatru

David Abram próbuje zrozumieć nie tylko, dlaczego zerwaliśmy więź z rodzącą Ziemią, ale również, kiedy tak się stało. I czego możemy nauczyć się od rdzennych ludów, które pielęgnują lub pielęgnowały opowieści w formie oralnej, przekazywane z pokolenia na pokolenie. Dlaczego ekran telefonu wydaje się nam bardziej żywy od chmur na niebie? Dlaczego czujemy oddzielenie od powietrza i traktujemy wiatr jako zjawisko, a nie jak życie, chociaż każdego dnia wciągamy w płuca powietrze? Dlaczego łatwiej nam uznać za Boga męską postać tyrana ze starej książki niż żywy wiatr?

Nawahowie traktują mówienie jako uzewnętrznienie myśli, narzucanie formy istniejącemu światu, w którym powietrze dookoła ulega przemianie. A ponieważ Powietrze, czy też Wiatr, jest ośrodkiem, w którym żyją i działają inne siły przyrody, transformując Powietrze śpiewem można w subtelny sposób oddziaływać na zachowanie owych potężnych sił. Jednak to myśl bardzo daleka od współczesnych, niezwykle popularnych w Polsce neoszamańskich, afirmacyjnych czy newage’owych praktyk szeroko rozumianego rozwoju osobistego czy duchowego. Hózhó to jedno z najważniejszych słów dla Nawahów, oznacza harmonię z czterema stronami świata oraz wzajemność w relacjach z Ziemią i Niebem, Słońcem, Księżycem i Gwiazdami. Gdy ktoś z plemienia chce zabrać się do uzdrawiania, a zatem odnowienia albo odbudowania hózhó, czyli stanu piękna i harmonii, najpierw musi, w drodze rytuału, zaprowadzić tę harmonię i spokój we własnym jestestwie. I dopiero po wykonaniu tej pracy, czyli ustanowieniu hózhó w sobie, można poprzez pieśni, modlitwę lub słowa zwrócić się do świata zewnętrznego. Nawahowie pielęgnują świadomość, że każde słowo czy pieśń może zaistnieć dzięki powietrzu i wymaga szacunku do wiatru. Dla wielu współczesnych to utracona moc opowieści, która zbliżała do natury.

Słowo stało się Bogiem, o czym świadczy nie tylko chrześcijańska kolonizacja rdzennej ludności i rdzennych Bogów wszystkich kontynentów, ale również współczesna literatura, nauka, pieśni. Dlatego tak fascynujące jest śledztwo, które David Abram prowadzi przez alfabety świata, duchy, najstarsze ludzkie opowieści i współczesną filozofię. Zastanawia się na przykład, czy semiccy skrybowie, którym zawdzięczamy wynalazek alfabetu, zapisywali słowa wyłącznie spółgłoskami ze względu na cześć, z jaką odnosili się do wiatru i powietrza, poczucie świętości tego żywiołu. Jednak filozoficzne tezy interesują Abrama tylko trochę, tak naprawdę interesuje go, jakiego rodzaju relacjom takie tezy sprzyjają. Przyznał, że napisał tę książkę z nadzieją dostarczenia gotowych narzędzi osobom zaangażowanym w ruch ekologiczny, ale też naukowcom, pisarzom, instytucjom. Już trzydzieści lat temu był zdziwiony milczeniem rzeszy naukowców, pisarzy i instytucji na temat postępującej degradacji dzikiej przyrody i pełen nadziei na zmianę, która wciąż nie nadeszła.

Może dopiero pod koniec lektury, albo po jej zakończeniu, gdy znajdziesz się na otwartej przestrzeni, poczujesz na twarzy wiatr i rozpoznasz wiatr, stanie się jasne, że W zaklęciu zmysłów jest śledztwem. A Abram przynosi odpowiedź na pytanie o to, dlaczego Ziemię traktujemy nie jak rodzicielkę, lecz jak niewolnicę bądź śmietnik. Przecież nie ma to sensu, a jest powszechne.

Od razu chcę ostrzec: książka nie jest równa – są rozdziały wciągające jak powieść i takie, które przypominają akademicki wykład. Jednak znowu: nie daj się nabrać. Potraktuj lekturę jak doświadczenie, po którym zrobi się w twoim życiu odrobinę jaśniej. Wierzę, że nie rzucam słów na wiatr. To powiedzenie oznacza składanie obietnic bez pokrycia, jednak odwołuje się do czasów dawnych, gdy wiatr traktowany był jako moc, byt, bóstwo znane pod licznymi imionami: Strzybóg, Poświst, Chmurnica, Wiatroduj, Latawca. I czasów współczesnych w licznych rdzennych narodach Ziemi oraz tych z nas, którzy pośród zalewu neoszamańskich praktyk uparcie praktykują szamanizm.

Słowo rzucone na wiatr nie ma szans.
Czym więc jest słowo, a czym wiatr?

Słowa rzucone na wiatr mogą zostać porwane, rozsypane, stracą swój sens. Czasami można tego doświadczyć dosłownie, gdy wieje tak mocno i tak głośno, że ludzki głos przestaje być słyszalny, rozpoznawalny. Pozostaje tylko wiatr – niektórzy mówią, że najstarszy duch, który przypomina o odwiecznych prawach natury. Bywa i tak, że po wykonaniu uczciwej pracy wewnętrznej słowa nie zostaną rzucone na wiatr, lecz złączą się z nim w opowieści, modlitwie czy pieśni i dotrą do czyjegoś wnętrza, może z wdechem tej osoby, a może przez uszy, prosto do serca, reperując zerwaną więź.

Robert Rient – pisarz, praktyk szamanizmu, inicjator uznania rzeki Odry za osobę prawną. Przewodniczący rady Fundacji Osoba Odra. Członek Międzynarodowego Obserwatorium Praw Natury, Koalicji Ratujmy Rzeki, stowarzyszenia Unia Literacka. Prezes Fundacji Szamanizmu. Autor takich książek jak Pierwsza Umowa. Podstawy praktyki szamanizmu, Przebłysk. Dookoła świata – dookoła siebie, Wizje roślin, czyli pięćdziesiąt roślin leczniczych i jeden grzyb oraz Duchy Jeremiego nominowanej do nagrody literackiej Nike.

Przypisy:

  1.  Wszystkie fragmenty zaznaczone kursywą są cytatami z niniejszej książki.
  2.  Emily E. Greenwood, Thomas Lauber, Jasper van den Hoogen, Ayca Donmez, Robert E. S. Bain, Robert Johnston, Thomas W. Crowther, Timothy R. Julian, Mapping Safe Drinking Water Use in Low- and Middle-Income Countries, „Science” 2024, t. 385, nr 6710, s. 784–790, DOI: 10.1126/science.adh9578.
  3.  Lior Greenspoon, Noam Ramot, Uri Moran, Uzi Roll, Robert Phillips, Eran Noor, Ron Milo, The Global Biomass of Mammals since 1850, „Nature Communications” 2025, t. 16, art. 8338, DOI: 10.1038/s41467-025-63888-z.
  4.  Yoram M. Bar-On, Ron Milo Phillips, Ron Milo, The Biomass Distribution on Earth, „PNAS” 2018, t. 115, nr 25, s. 6506–6511, DOI: 10.1073/pnas.1711842115.
  5.  WWF, No Plastic in Nature: Assessing Plastic Ingestion from Nature to People, Gland 2019, dostęp: https://wwf.panda.org/wwf_news/?348337%2FRevealed-plastic-ingestion-by-people-could-be-equating-to-a-credit-card-a-week.
  6.  Xiang Zhao, Fengqi You, Microplastic Human Dietary Uptake from 1990 to 2018 Grew across 109 Major Developing and Industrialized Countries but Can Be Halved by Plastic Debris Removal, „Environmental Science & Technology” 2024, t. 58, nr 21, s. 9271–9280, DOI: 10.1021/acs.est.4c00010.
  7.  Alexander J. Nihart et al., Bioaccumulation of Microplastics in Decedent Human Brains, „Nature Medicine” 2025, DOI: 10.1038/s41591-024-03453-1.
  8.  European Environment Agency (EEA), Consumption of clothing, footwear and household textiles per person, 2025, dostęp: https://www.eea.europa.eu/en/circularity/sectoral-modules/textiles/consumption-of-clothing-footwear-and-household-textiles-per-person.
  9.  Eran Elhacham, Lior Ben-Uri, Jonathan Grozovski, Yoram M. Bar-On, Ron Milo, Global Human-Made Mass Exceeds All Living Biomass, „Nature” 2020, t. 588, nr 7838, s. 442–444, DOI: 10.1038/s41586-020-3010-5.
Książka została wydana przez wydawnictwo Ścieżki Mocy 
i można ją zamawiać tutaj. Polecam!