Robert Rient

Rozglądałem się za duchami, ale nigdzie ich nie było. Znałem tę drogę, tego mężczyznę, który szedł przede mną i splunął właśnie pod nogi. Znałem to miejsce. Gdybym widział je po raz ostatni, czy musiałbym się żegnać w każdej chwili, czy nie musiałbym może robić nic.

– Jeremi! – krzyknął dziadek, bo zostałem daleko za nim.

Przyśpieszyłem.

Trisza, Tasza i Tusza tylko na chwilę podniosły głowy, a potem zaczęły żuć to swoje siano. I był w tym wielki spokój, patrzeć na krowy, na dziadka. W środku wiedziałem, że już nic nie muszę. Coś w życiu musiało być pewnego, do czego mógłbym przylgnąć, jakiś plan. Myśli mnie widziały, jak umieram. Odprowadziliśmy krowy na pole i wracaliśmy obok siebie.

– Co tam? – zagadał niespodziewanie dziadek, co nie było do niego podobne.
– Dobrze.
– Nie dobrze – odpowiedział.

Ramiona uniosłem, bo nie wiedziałem, co mu powiedzieć, i szliśmy dalej, tylko że szło mi się coraz trudniej, z tym jego milczeniem, które było jak pytanie. Nie robił tego specjalnie, wiem to, ale czułem coraz większą potrzebę, żeby mu wszystko wyjaśnić, tylko że my nigdy nie rozmawialiśmy.

Nie wiedziałem, jak się mówi z mężczyzną o takich rzeczach, on zresztą też nie wiedział. W tym milczeniu między nami, w tym trzymaniu się obok siebie, pomimo tego, że zazwyczaj mieliśmy różne tempo, w tym, że szedłem poboczem, a on środkiem drogi, chociaż zawsze szedł drugim poboczem, było w tym wszystkim coś o miłości. Czułem to, on też musiał to czuć. Wiedziałem, że wystarczyłoby, żebyśmy na siebie popatrzyli, nie w przelocie, tak jak się sprawdza, kto wszedł do pokoju, ale dłużej, jakieś trzy sekundy prosto w oczy, wtedy się wie wszystko, a nawet jeśli nie wszystko, to jest w tym patrzeniu tyle pytań, że nie można nic nie mówić i nie zwariować. Nawet w głowie widziałem, jak staje przede mną, trzyma mnie za ramiona, patrzy w oczy i po chwili już wszystko wie, a co jeszcze lepsze, znajduje rozwiązanie, a ja mogę iść spać, wiedząc, że ktoś wie lepiej.

Popatrz mi w oczy, no, dalej, mówiłem do niego w głowie, tak jak się mówi do duchów. Jeśli popatrzysz, zanim dojdziemy do domu, zanim wejdziemy do kuchni robić śniadanie, to wszystko będzie dobrze. Wołałem go w głowie, żeby zobaczył, jak mi szybko śmierć po niej skacze. Ale nic takiego się nie stało, bo my z dziadkiem patrzyliśmy raczej na siebie, tak żeby zobaczyć, co ten drugi robi, a nie jak mu jest.

Gdy weszliśmy do kuchni, to już mogliśmy odsunąć się od siebie, wyciągnąć chleb z chlebaka, ser z lodówki, talerze i dwa noże, wstawić wodę na kawę i herbatę, nalać mleka, cukru dosypać, bo się skończył, i czy będę jadł z dżemem, zapytał dziadek, bo on będzie, no to ja też. I zapytałem go jeszcze, czy mu posmarować chleb masłem, ale pokręcił tylko głową, chociaż wiedziałem dobrze, że mogłem po prostu mu posmarować, ale wtedy on musiałby dla mnie coś zrobić, a herbata i wszystko inne już stały na stole, nic nie było do zrobienia, więc dlatego zapytałem, żeby wiedział, że mogę, że jeśli chce, to mogę posmarować mu ten chleb, chociaż nigdy wcześniej nie smarowałem. A może to lepiej, że idąc drogą, nie popatrzyliśmy na siebie, tak samo jak teraz przy stole, może lepiej, że było śniadanie do zrobienia, w tych wszystkich ruchach zniknęło pragnienie i spokojnie się zrobiło, spokojnie i smutno, jak nigdy.

Strona używa ciasteczek, zgodnie z unijnymi rozporządzeniami, użytkowniczka, użytkownik może lub mogą wyrazić na to zgodę. Dziękuję. Polityka prywatności

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close